Cierpienia młodego... doktora
Długo zastanawiałam się, czy napisać ten post. Ale przecież nie mam nic do stracenia. Do rzeczy: na ile Waszym zdaniem powszechne jest poczucie bycia oszukanym/zawiedzionym jako młody naukowiec? (asystent, młody doktor, itd.). Oceńcie też, proszę, czy według Was moje odczucia to "histeria", czy są one według Was zrozumiałe. Nie ukrywam, że bardzo męczę się z tym. Obroniłam się prawie 2 lata temu. Pracuję jako adiunkt w projekcie naukowym, mam umowę na czas określony (jeszcze rok) - projekt dotyczy zupełnie czegoś innego niż doktorat, uczelnia jest zupełnie inna niż Alma Mater, nawet profil jest odmienny. Całkowicie. Dostałam się niespodziewanie - po prawie 7 miesiącach poszukiwań pracy po obronie wzięłam, co było. Nie ukrywam. Odrzucały mnie liczne korporacje (po 5–6 etapach rekrutacji - co było wykańczające samo w sobie), a z uczelni ogłoszeń jak na lekarstwo. Zrobiłam nietypowy doktorat, bo podwójny. W 4 lata. Nie chcę pisać wielu szczegółów, boję się identyfikacji – podobno nie jest nas wielu. Alma Mater według oficjalnej narracji zmagała się z ogromnym kryzysem finansowym, choć ptaszki ćwierkają, że to bzdura, a masowe zwolnienia były raczej konsekwencją niezgody na nową politykę władzy. Przez pierwsze lata doktoratu obiecywano mi wiele, rozpływano się nade mną. A potem zaczęło się "sypać". Ja posypałam się zdrowotnie (wpadłam w ogromną depresję, przeszłam leczenie onkologiczne), więc nie brałam propozycji "nie do odrzucenia", czyt. prowadzenia dodatkowych zajęć (pozaregulaminowo) za darmo, bez żadnej umowy, czy choćby opinii do CV. Jako że doktorant był jak świnka morska (ani świnka ani morska), to nie miał prawa do urlopu (dziekańskiego jak student czy L4 jak pracownik), więc mimo tragicznego samopoczucia cisnęłam dalej. Bo regulaminy. Bo administracja uczelni wyspecjalizowana w "spychologii". Nie chciałam już tego. Miałam dość. Mówiłam promotorom, że chcę to rzucić, co uznano zresztą za "histerię". Promotorom znana była moja sytuacja, ale raczej są z tych, którzy wszystkich młodszych uznają za płatki śniegu, nieznające się na życiu. Potem to już efekt domina. Utrudnianie na każdym kroku, ale tu nie podam szczegółów, bo nadal chcę pozostać anonimowa. W miarę. Zbyt dużo powiedziałoby to Wam o uczelni. Powiem jedynie, że znajomy prawnik i radca powiedział, że to się nadaje do sądu. Nie miałam jednak siły na wojnę. Po obronie dostałam oschłe "powodzenia" i tyle. Moje koleżanki i koledzy z tego rzekomego elitarnego kręgu osób z "takim" doktoratem bez problemu dostali pracę na uczelni, w 90 procentach na Alma Mater. Obecnie mierzę się z ogromnym wypaleniem zawodowym, a depresja nie mija. Nie wiem, co dalej zrobię, kiedy umowa się skończy. Kiedyś myślałam, że jestem kobietą z potencjałem, że coś znaczę. Dziś nic mi się nie chce. Kreatywność, ciekawość świata ze mnie uleciała. Dodatkowo w środowisku akademickim czuję się jak kosmitka. Wielu zachowań, "tradycji" nie pojmuję do dziś. Mawiają w moim zakładzie, że "jesteśmy jak rodzina" - to ja jestem tą dziwną ciotką, która przyjeżdża raz na ruski rok i ogólnie tylko, kiedy nie ma wyjścia. Jak żyć? Dziedzina taka, że już teraz AI mnie zjada. Napiszecie niektórzy: "Idź do gastro, na produkcję, tam doktorat nie przeszkadza." Pracowałam tak kiedyś, spoko, nie uważam, że to wstyd. Niestety, mój obecny stan zdrowia uniemożliwiałby mi pracę fizyczną. Znam kilka języków, co kiedyś było atutem. Dziś na nikim nie robi wrażenia, a na pewno nie na "Anetce z HRu" w korpo, co już dano mi odczuć.