u/Exact_Carrot223

Niechęć do gotowania

Hej, mam problem z gotowaniem, a raczej z brakiem jakichkolwiek sił i chęci na gotowanie i nie wiem jak sobie z tym radzić.

Mieszkam sama, sama też sobie przygotowuję posiłki i jak myślę, że zaraz wracam z pracy do domu i muszę ugotować obiad albo przygotować coś na wynos na dyżur, to mi się odechciewa. Mam dużo pomysłów, pozapisywane przepisy w telefonie, chciałabym jeść zdrowo i gotować jakieś mniej lub bardziej skomplikowane posiłki, ale po prostu mi się nie chce.

Kończy się na tym, że wrzucam mrożone frytki i paluszki rybne do airfryera albo gotuję makaron z sosem i to jest szczyt wszystkiego, a nawet i to mnie czasami męczy. Kupuję świeże warzywa, mięso, jakieś różne rzeczy i potem większość z tego wyrzucam albo oddaję, bo leży w lodówce i przeterminowuje się, przez to, że nie chce mi się nic z tego robić. Zamiast tego jem w kółko to samo i raz na miesiąc ugotuję coś bardziej skomplikowanego jak nagle mam przypływ chęci do gotowania.

Nie wiem, czemu mnie to tak męczy i zniechęca. Mogę sprzątać, prać, odkurzać całymi dniami i mnie to nie rusza, a jak tylko myślę o gotowaniu to już jestem zmęczona. Zniechęca mnie chyba też sam fakt, że tyle się napieprzę z robieniem dania, a potem kilka minut i wszystko zjedzone i znowu muszę stać i to zmywać. I na drugi dzień to samo i potem znowu i znowu i znowu i to gotowanie i wymyślanie posiłków się nie kończy.

Na szczęście nigdy nie weszłam na taki poziom, że idę na totalną łatwiznę i kupuję fastfoody. Najlepszą opcją byłoby chyba kupienie diety pudełkowej, ale finansowo nie mogę sobie na to na razie pozwolić + jestem zbyt wybredna i wolę sama komponować posiłki. Nie wiem jak się zmotywować do gotowania. Czasem nie chce mi się nawet przyrządzić kurczaka, wrzucić ryżu, pokroić warzyw. Najlepiej, żeby wszystko można było zrobić we fryerze, że tylko wrzucam do środka, czekam aż się zrobi i jem. Nie wiem, jak to pokonać, macie jakieś pomysły? Może macie jakieś fajne, zdrowe i przede wszystkim proste i ekstremalnie szybkie przepisy?

reddit.com
u/Exact_Carrot223 — 1 day ago

Praca w nocy

Hej, mam pytanie do osób pracujących w nocy. Od 2 lat pracuję w laboratorium szpitalnym w systemie 12h, średnio 4-5 razy w miesiącu mam dyżur w nocy. Takie dyżury nie należą do najłatwiejszych, przez większość czasu jesteśmy na nogach, a jak jest wolniejsza chwila to i tak jest się w ciągłym czuwaniu. Im dłużej pracuję, tym efektywniej umiem porozkładać sobie pracę, żeby znaleźć godzinę na zrobienie drzemki, ale nie zawsze się to udaje.

Po tych kilkunastu miesiącach zauważyłam, że mimo młodego wieku, noce źle na mnie wpływają albo to ja nie umiem uregulować swojego rytmu. Zazwyczaj przed nocką staram się spać do 10-11, potem po południu chwilę jeszcze leżę i na 19 idę do pracy. Do 1-2 w pracy jestem w gazie, ale już potem zaczyna się robić ciężko i potrzebuję drzemki. Nad ranem robota się u nas znowu rozkręca i do 7 jestem w ciągłym biegu. O 7 wychodzę z trzęsącymi się dłońmi i bólem głowy, o 7:30 już jestem w łóżku i idę spać na 4-5h. Zazwyczaj wstaję wypoczęta, ale po południu znowu dopada mnie zmęczenie i ból głowy. Na kolejny dzień często mam dniówkę od 7 do 19, więc muszę się położyć wcześniej, po dniówce zazwyczaj siedzę do późna i tak w kółko. Nie ma w mojej codzienności żadnego stałego rytmu, jest tylko życie od dyżuru do dyżuru. Do tego nocki zaczynają wychodzić w wynikach krwi, nigdy nie miałam tak wysokiego TSH i prolaktyny, jak w ostatnim czasie.

Od razu uprzedzę komentarze - nie, nie mam zamiaru zrezygnować z pracy, ani tym bardziej zmienić zawodu. Jest to jedna z nielicznych rzeczy, która mimo wszystko sprawia mi radość, kocham to co robię i nie widzę innej drogi dla siebie. W ogólnym rozrachunku te nocki to jest jedyny minus, ale gdyby nie zmęczenie i rozwalenie rytmu dobowego, to nawet lubię pracę w nocy.

Chciałabym Was zapytać, jak Wy sobie radzicie z nockami, jak o siebie dbacie, jakie macie rytuały, które poprawiają Wasze samopoczucie? Jak zminimalizować ryzyko tego negatywnego wpływu na organizm?

reddit.com
u/Exact_Carrot223 — 2 days ago

Hej, chciałabym trochę pogadać na temat mojego wujka (brat mojej mamy, mój chrzestny), cioci i babci.

Mam aktualnie 26 lat, zawsze w rodzinie byłam uznawana za kujona, za tą, która ma łeb do nauki, wygrywa konkursy, studiuje najlepszy kierunek, ma najlepsze wykształcenie. Przez to mam wrażenie, że przez rodzinę mojej mamy byłam trochę trzymana pod kloszem, zawsze podawana jako ten wzór do naśladowania dla młodszego rodzeństwa. Rodzice nigdy nie kładli na mnie jakiegoś dużego nacisku, ja sama chciałam się uczyć, byłam zawsze spokojna, skoncentrowana na swoich celach i właściwie to nikt mi tego nie wbijał na siłę do głowy. Nigdy nie były mi w głowie imprezy, ale jednocześnie rodzice mi niczego nie zabraniali, po prostu mieli do mnie zaufanie. Natomiast ja zaczęłam bardziej korzystać z życia dopiero na studiach i teraz, gdy już pracuję. Podróżuję po świecie, jeżdżę na koncerty z przyjaciółmi, ogólnie mam swoje życie i rodzice wiadomo - trochę się martwią jak jadę daleko, ale nigdy tego nie negują, dają mi po prostu żyć.

O wiele dziwniej traktuje mnie mój wujek i babcia. Oboje są typowymi panikarzami, którzy boją się chorób, wypadków, wojny, porwań itd. Wujek od małego brał mnie na rozmowy i umoralniał, że nie mogę chodzić blisko jeziora, bo się utopię, nie mogę skakać na skakance, bo się na niej powieszę i uduszę, nie mogę biegać w pobliżu okna, bo wypadnę przez okno. Oczywiście nigdy tego nie brałam do głowy, mama zawsze go hamowała, czasem wręcz wyśmiewała jego spanikowane pomysły. Nie muszę tłumaczyć, co się działo, gdy jechałam na wycieczkę, wyszłam z koleżankami, pojechałam do sąsiedniego miasta z przyjaciółką do kina. Jak tylko jakimś cudem się dowiedział, to od razu były przytyki w stronę mojej mamy albo obgadywanie, czemu mnie puszcza samą, a miałam już z 15-17 lat. Z babcią było to samo, więc z czasem przestaliśmy im mówić takie rzeczy. Wystarczy, że mam kaszel i już panikuje, że mam iść do lekarza i nie wiadomo co jeszcze, więc zazwyczaj większość rzeczy, nawet tych zwyczajnych, po prostu ukrywamy, bo nie chcemy, żeby skończyło się to u niej braniem leków na uspokojenie.

To samo było, kiedy skończyłam liceum i miałam iść na studia. Moim marzeniem był kierunek medyczny, który jest mało popularny i daje mniejszy "prestiż" i mniejsze zarobki niż chociażby lekarz. Oczywiście jak tylko się dowiedzieli, to od razu były komentarze, że muszę być lekarzem, najlepiej neurologiem, że jak mam studiować byle jaki kierunek to już lepiej w ogóle nie iść na studia tylko np. do wojska XD Rodzice nie komentowali mojego wyboru, dali mi wolną rękę, bo wiedzieli, że dobrze wybiorę, no i wybrałam po swojemu, nikogo nie słuchając. Dzisiaj żyję swoim życiem, kochałam te studia, kocham moją pracę, zarabiam niemało i dopiero teraz wujek i babcia widząc moje szczęście zaczęli mnie wspierać i gratulować mojego wyboru. W międzyczasie od 16 roku życia było jeszcze komentowanie tego, że w wakacje nie idę do żadnej dorywczej pracy. Ja po prostu skupiałam się na czym innym - w jedne wakacje zrobiłam prawko, w inne miałam praktyki i skupiałam się na nauce, szkole, studiach.

To wszystko nie robiłoby na mnie żadnego wrażenia i nawet bym to zrozumiała, bo wiem, że mnie kochają i być może robią to z troski. Gdy ich potrzebowałam, zawsze byli, wujek był w stanie rzucić wszystko i gdzieś mnie zawieść i pomóc, babcia też była zawsze wsparciem i jedną z najbliższych mi osób. Jednak nie rozumiem tego w kontekście aktualnego stanu rzeczy, że tak powiem XD Otóż wujek ma 16-letnią córkę. Córkę, która uczyła się zawsze bardzo przeciętnie, ale jest pchana przez swoich rodziców na najlepsze możliwe kierunki. Podejrzewam, że chcieli, żeby szła do liceum na biolchem, by skończyła taki kierunek jak ja albo i lepszy. Tak też zrobiła i teraz się męczy, bo biologia jej w ogóle nie interesuje, a chemia jej nie idzie. Z co drugiego przedmiotu ma korki, ledwo zdaje z klasy do klasy. Planuje dobrnąć do końca i iść na zupełnie co innego.

Dodatkowo, w przypadku mojej kuzynki, wujek i ciocia całkowicie popuścili lejce. Od dzieciaka miała kupowane telefony, tablety, w wieku 10 lat robiła "karierę" na tiktoku. Pisała z ludźmi z internetu, z niektórymi się nawet spotykała. Teraz odkąd skończyła podstawówkę maluje się i stroi jak dorosła kobieta, do nocy chodzi po mieście z koleżankami, lata za chłopakami, jeździ z koleżankami po całej Polsce. Nie gonią jej w ogóle do nauki, ani do pracy. Stwierdzili, że skoro już jest w prestiżowym liceum, to jest wybitnie zdolna i sobie da radę. Gdybym ja robiła choć jedną z tych rzeczy w jej wieku, wujek i babcia dostaliby lekko mówiąc sraczki. Natomiast w przypadku kuzynki to stało się już normalnością, ona ich ustawia jak chce, w ogóle nie skupia się na obowiązkach i szkole. Przyznaję, że i tak ma w miarę poukładane w głowie jak na swój wiek, no ale jednak widzę duży kontrast między traktowaniem mnie a jej.

Jedna z ostatnich sytuacji dowaliła do pieca i po prostu opadły mi ręce. Wysłałam kuzynce zdjęcie jak pojechałam na drugi koniec Polski do mojej przyjaciółki ze studiów. Kuzynka pewnie coś wspomniała o tym swoim rodzicom, a ciotka od razu zadzwoniła "na skargę" do mojej babci, że "ooo a słyszała mama, że X pojechała sama do Krakowa?". No kurde, wielkie wydarzenie, że dorosła prawie 30-letnia kobieta sama gdziekolwiek pojechała XD Babcia oczywiście zadzwoniła do mojej mamy, że jak to tak, czemu jej nic nie powiedziała i potem codziennie dzwoniła spanikowana i się pytała, co robię, czy już dzwoniłam, kiedy wracam.

Dziwi mnie to, ciężko mi to jakkolwiek zrozumieć i nie wiem, chyba mam jakieś wewnętrzne ukłucie niesprawiedliwości. Dodam, że obie jesteśmy jedynaczkami, ja byłam pierwszym dzieckiem w rodzinie, dopiero potem urodziła się ona. O co chodzi, skąd się to bierze? Czy teraz są jakieś inne czasy i tym dzieciakom na tak wiele się pozwala?

reddit.com
u/Exact_Carrot223 — 8 days ago

Hej, planuję zakup rowerka magnetycznego i chciałabym zasięgnąć porady, może ktoś z Was się na tym zna.

Użytkownikiem będzie młoda kobieta, wzrost 170, waga 65 kg, która chce zrzucić kilka kg, poprawić kondycję i wydolność, wzmocnić mięśnie nóg. Nie jestem wyczynowcem, nie mam zbyt dużej aktywności fizycznej, więc to ma być tylko dodatek, forma rekreacji, wysiłku. Nie szukam niczego giga profesjonalnego, ale też nie chcę kupić pierwszego lepszego sprzętu.

Zależy mi na rowerku, który:

- nie będzie droższy niż 700-800 zł

- będzie miał możliwość zmiany oporu z lekkiego na cięższy, ale też nie do przesady, nie za ciężki

- będzie miał koło zamachowe powyżej 7kg

- będzie miał miękkie szerokie siodełko, może być nawet z oparciem

- będzie zajmował stosunkowo mało miejsca, może być składany, ale to nie warunek konieczny

- będzie miał możliwość połączenia z jakąś aplikacją na telefon (fajnie by było, nie warunek konieczny)

- będzie cichy, nie będzie trzeszczał i przeskakiwał

Dla porównania - miałam kiedyś możliwość jazdy na Zipro One, na poziomie 6 już czułam palenie w udach, ale to było maksimum w tym rowerku. Szukam czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej zwiększyć ten opór.

Myślałam nad dwoma modelami:

- X-bike HS-3030X

- Gymtek XB1500

Wiem, że trochę się one różnią, ale właściwie czytając opinie, oba by mi odpowiadały. Jak myślicie, który byłby najlepszy? Może macie coś, co moglibyście polecić?

reddit.com
u/Exact_Carrot223 — 9 days ago